Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE / Kobiety - Agata Passent

WOMEN WE LOVE

ISSUE


Tekst Mladen Petrow | Zdjęcia Marysia Eriksson
Dama z łasiczką
Ma zniewalający uśmiech i inteligencję, o której krążą legendy. Na żywo nawet jeszcze bardziej pociągającą niż
w felietonach, których pisanie od kilkunastu lat sprawia jej tę samą frajdę. Z nonszalancją traktuje swoją urodę, dyplom Harvardu, macierzyństwo. Z pełną powagą ukochaną Warszawę i ludzi, których kocha.
Zazwyczaj się nie spóźnia, a nawet przychodzi przed czasem. Czasem dużo przed czasem, na przykład wtedy, kiedy gospodyni imprezy jeszcze bez stresu chodzi po mieszkaniu w wałkach na głowie. 
W radiu mówią, że właśnie minęła 17.00, kiedy Agata Passent wchodzi do kolejnej – raczej przeciętnej – warszawskiej knajpy. Na zewnątrz teoretycznie lato.
– Będę w różowych okularach – ostrzega przed spotkaniem. – Nawet zimą sama sobie robię wiosnę.

Uśmiechnięta, wyluzowana, w dobrym nastroju – najwyraźniej okulary robią swoje. Jeszcze nie złożyliśmy zamówienia, a już, bez umawiania się, przechodzimy na ty. – Jeśli czegoś się nauczyłam w Stanach, a wydaje mi się, że czegoś się jednak nauczyłam, to z całą pewnością umiejętności szybkiego nawiązywania kontaktu. Bardzo mi to odpowiada, możesz zagadać, do kogo tylko chcesz. To znaczy mógłbyś, ale raczej tego nie zrobisz, bo w Polsce to przecież nie wypada, bo co inni sobie pomyślą i tak dalej… Gdybym nie rozmawiała z tobą teraz – Agata rozgląda się wokół – już rozmawiałabym z tamtą blondyną w bluzce 
w tygryski.
Z Ameryki, oprócz dyplomu Harvarda, gdzie ukończyła germanistykę, przywiozła pozytywne nastawienie do codzienności, które widać w uśmiechu, bezcennym zwłaszcza w tak deszczowy jak dziś dzień. – W Europie zazwyczaj nabijamy się z tego amerykańskiego optymizmu, z tej wiary, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko dość mocno tego chcesz. Ja z kolei nigdy nie mogłam zrozumieć tej polskiej koncepcji pod tytułem „To się nie da”. Jak cokolwiek miałoby się udać, skoro już na wstępie mówimy, że się nie da? W głębi duszy jestem pesymistką, ale powtarzanie sobie, że wszystko jest możliwe w moim przypadku daje efekty. Bez tego byłabym w permanentnym dole – mówi z przekonaniem.

W „permanentnym dole” bywała jako nastolatka. Kończąc liceum, postanowiła więc, że skoro i tak go ma, będzie go miała gdzie indziej. – W liceum należałam do grupki uczniów depresyjnych. Wiadomo: ubrania-wory i te sprawy. Byłam przekonana, że dalej będę miała ciężko, lecz uznałam, że skoro i tak będę się męczyć, to lepiej męczyć się na najlepszej amerykańskiej uczelni. Czyli na Harvardzie. Legendarne mury, profesorowie „warci miliona dolarów”, którzy są gwiazdami nie tylko w świecie akademickim, bo przecież to ich nazwiskami sygnowane są najlepiej sprzedające się książki na świecie. Albo książki, które – zanim trafią do księgarń – już mają miejsce 
w historii literatury. No więc w takim świecie, gdzie gwiazdy ubierają się w tweedowe marynarki i można z nimi normalnie porozmawiać, gdzie właściwie z każdym da się normalnie porozmawiać i gdzie 
w dodatku uczysz się każdego dnia, że nie ma co się dołować, bo przecież wszystko jest możliwe, jeśli tylko mocno tego chcesz 
– w takim świecie znalazła się 18-letnia Agata.
Jak większość amerykańskich kolegów znajduje sobie dorywczą pracę. – Nie mogłam się nadziwić, jak oni to robią – opowiada. Mówi „oni”, bo kojarzą jej się z dziesiątkami gum do żucia, które musiała ściągać z ławek, krzeseł, a czasem nawet z sufitu w stołówce…
– W Stanach się nie zakochałam nigdy – opowiada, kiedy dziwię się, że po skończeniu takich studiów na takiej uczelni, wsiadła jednak do samolotu z biletem powrotnym do Polski. – W Harvardzie owszem, ale to jest wyspa, taki twór nierzeczywisty. Prawdziwa Ameryka jest w Ohio. Może kiedyś wrócę, nie wiem, ale nie zakochałam się 
w amerykańskim micie. Chyba jestem amerykanosceptyczna tak na dobrą sprawę. Nie zostałam też poniekąd ze strachu. W Ameryce jest całkiem sporo ludzi z dobrym dyplomem w kieszeni, a ja się bałam, że nie znajdę tam dobrej pracy. Tak naprawdę nie wyobrażałam sobie, że nie wrócę, bo w Polsce czekała na mnie moja chora mama.

Fragment pochodzi z dziewiętnastego numeru Malemena.

WOMEN WE LOVE

MALEMEN MEN

95