
– Co ja zrobię, że najlepiej pracuje mi siê w chałupie? – pyta Józef Wilkoń. Mógłby pracować gdziekolwiek na świecie, ale chałupę ma pod Warszawą. Kiedy patrzysz z ulicy, nic nie zapowiada tego, co za bielonym ogrodzeniem można zobaczyć.
Bałaganiarz z pana Wilkonia straszny! – śmieje się pani Halina, przesuwając karteczki, fiolki po lekarstwach, zapiski, gazety i co tam jeszcze leży na dużym drewnianym stole w kuchni. A leży wyłącznie to co pilnie i zaraz potrzebne przecież. Gospodyni grzeje żurek, bo pora na obiad. Na drugie będą ziemniaki z masłem, biała kiełbasa z chrzanem, małosolne też własnej roboty. Innym razem – pierogi ze skwarkami. Przygotowane z taką starannością jak najbardziej wyszukane frykasy kuchni francuskiej. Wina i szkło też kompletowane nieprzypadkowo. Zresztą tu nic nie jest przypadkowe.
Dom w Zalesiu Wilkoń kupił właśnie ten, bo zauważył dąb rosnący za nim. Pod koniec lat 60. wprowadzili się tu z Małgosią. Na ten dąb codziennie mógłby gapić się godzinami, jak ktoś inny na Zatokę Meksykańską. Wysoki, smukły, rozłożysty. Od frontu schowany za drzewami dom robi wrażenie chatki, ale tak naprawdę składa się z dwóch przyklejonych do siebie. Bo tę drugą albo tę pierwszą – zależy, od której strony patrzeć – Wilkoń dobudował, czekając, aż się ze starej, drewnianej, wyprowadzą poprzedni właściciele działki. – To byli bardzo mili ludzie – opowiada. – A działka była tańsza przez to, żeśmy ją kupili z nimi w pakiecie – uśmiecha się. Gdyby jednak nie ten dąb, pewnie by się nie zdecydował.
Kiedy już można było, obu domom Wilkoń po swojemu połączył krwiobiegi: gdzieś, gdzie było okno, zrobił drzwi, z drzwi ścianę, inne poprzesuwał, pozmieniał przeznaczenie pomieszczeń, połączył górę z dołem w paru miejscach, pokombinował tak, że się z tego labiryntu nie chce wychodzić. Ale zawsze można. Jak zresztą z całej tej jego bajki. Pani Halina jest najlepszym dowodem – pracuje u niego już kilkanaście lat. – Dłużej jedną gospodynię miała tylko Hanka Bielicka – mówi dumnie. Wpada na kilka godzin dziennie. Chyba że ma być więcej gości, wtedy przygotowuje jedzenie dla nich wszystkich, zostaje dłużej. – Lubię to i tych wszystkich ludzi, którzy tu przychodzą.
Małgosię wziął sobie za żonę po dwóch tygodniach znajomości. Poznał ją w Warszawie, kiedy na festiwal młodych przyjechał do kolegi z Łańcuta. Otworzyła drzwi, więc sądził, że to żona. Pierwszego dnia „nic się nie zdarzyło”. – Ja z tych, którzy szanują zasadę, że kolegom żon się nie podbiera – tłumaczy się.
Przeżyli ze sobą prawie pół wieku, w 1998 roku zmarła po nagłej chorobie. – To było nie do zatrzymania, ten rak. Przeszedł jak lawina – Wilkoń milknie. Kiedy umierała, do szpitala przynosił jej kaczuszki. Codziennie jedną, wyrzeźbioną z blachy, małą kaczuszkę. Stoją teraz bezpańskie w pracowni.
Cały wywiad w dwudziestym numerze Malemena.
Dom w Zalesiu Wilkoń kupił właśnie ten, bo zauważył dąb rosnący za nim. Pod koniec lat 60. wprowadzili się tu z Małgosią. Na ten dąb codziennie mógłby gapić się godzinami, jak ktoś inny na Zatokę Meksykańską. Wysoki, smukły, rozłożysty. Od frontu schowany za drzewami dom robi wrażenie chatki, ale tak naprawdę składa się z dwóch przyklejonych do siebie. Bo tę drugą albo tę pierwszą – zależy, od której strony patrzeć – Wilkoń dobudował, czekając, aż się ze starej, drewnianej, wyprowadzą poprzedni właściciele działki. – To byli bardzo mili ludzie – opowiada. – A działka była tańsza przez to, żeśmy ją kupili z nimi w pakiecie – uśmiecha się. Gdyby jednak nie ten dąb, pewnie by się nie zdecydował.
Kiedy już można było, obu domom Wilkoń po swojemu połączył krwiobiegi: gdzieś, gdzie było okno, zrobił drzwi, z drzwi ścianę, inne poprzesuwał, pozmieniał przeznaczenie pomieszczeń, połączył górę z dołem w paru miejscach, pokombinował tak, że się z tego labiryntu nie chce wychodzić. Ale zawsze można. Jak zresztą z całej tej jego bajki. Pani Halina jest najlepszym dowodem – pracuje u niego już kilkanaście lat. – Dłużej jedną gospodynię miała tylko Hanka Bielicka – mówi dumnie. Wpada na kilka godzin dziennie. Chyba że ma być więcej gości, wtedy przygotowuje jedzenie dla nich wszystkich, zostaje dłużej. – Lubię to i tych wszystkich ludzi, którzy tu przychodzą.
Małgosię wziął sobie za żonę po dwóch tygodniach znajomości. Poznał ją w Warszawie, kiedy na festiwal młodych przyjechał do kolegi z Łańcuta. Otworzyła drzwi, więc sądził, że to żona. Pierwszego dnia „nic się nie zdarzyło”. – Ja z tych, którzy szanują zasadę, że kolegom żon się nie podbiera – tłumaczy się.
Przeżyli ze sobą prawie pół wieku, w 1998 roku zmarła po nagłej chorobie. – To było nie do zatrzymania, ten rak. Przeszedł jak lawina – Wilkoń milknie. Kiedy umierała, do szpitala przynosił jej kaczuszki. Codziennie jedną, wyrzeźbioną z blachy, małą kaczuszkę. Stoją teraz bezpańskie w pracowni.
Cały wywiad w dwudziestym numerze Malemena.
99










































































