Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE 23 / Mężczyźni - Leon Tarasewicz

MALEMEN MEN

ISSUE

Leon Tarasewicz
Tekst Max Fuzowski | Zdjęcia Tomasz Tomaszewski
Podwójne życie, podwójny zysk
Nauczyciele straszyli go, że będzie robił dekoracje w sklepowych witrynach. On swoich uczniów na warszawskiej ASP nie motywuje w ten sposób. Części świata znany jest jako wspaniały artysta. Innej – jako hodowca kur.
Na dziedzińcu stoi czarna skoda na białostockich numerach. Zaparkowana obok niewielkiego ogródka, w którym – mimo jesieni – kwitną jeszcze słoneczniki i dalie. To znak, że profesor Leon Tarasewicz jest w swojej pracowni. Kwiatów dogląda sam, skodą (o której będzie jeszcze mowa) przyjeżdża na warszawską Akademię Sztuk Pięknych z oddalonych o ponad 200 kilometrów Walił. Do 2009 roku pracował na Wydziale Malarstwa, dziś na Wydziale Sztuki Mediów i Scenografii. Z zaplecza pracowni dobiega śmiech. Tarasewicz siedzi tam ze swoimi studentami. Atmosfera jest luźna, ale bez przesady. Wszyscy tytułują go profesorem. Tarasewicz zwraca się do studentów, używając słowa „dzieci”.

Buty za dychę, skoda i wielkie pieniądze
Dzieci zostają na zapleczu, popijając herbatę, on zaś z drewnianych schodków składa prowizoryczny stolik. Fotele są na wyposażeniu pracowni. Ubrany w czarny garnitur, czarną koszulę i czarną czapkę malarz nie przypomina innych gwiazd polskiej sztuki: wystylizowanego na amanta Piotra Uklańskiego, eleganckiego Mirosława Bałki czy ekstrawaganckiego Roberta Kuśmirowskiego. Ot, zwykły facet. Widać, że lubiący nieźle zjeść, dbałość o wygląd okazujący w doborze jednego czarnego elementu stroju do kolejnego. Nie widać, żebym miał do czynienia z jednym z najlepiej sprzedających się na polskim rynku artystów, którego prace chodzą za od kilku (galerie) do nawet stu tysięcy złotych (domy aukcyjne). – Mówią, że Tarasewiczowi odbiło, ubiera się na czarno i pali cygara. A mi dużo nie potrzeba. Te buty to kupiłem w Auchan za 9,70 zł, zimno się robi, to będę musiał kupić nowe. Z własnych pieniędzy przysponsorowałem za to ASP – zwierza się malarz. Zauważam, że samochód też nieszczególny, stary volkswagen. – Nie volkswagen, tylko skoda. Bo do volkswagena nie wchodzą cztery klatki z kurami, a do skody tak.
Profesor rzeczywiście podczas rozmowy nie pali cygara. Buty faktycznie niespecjalne, z siatki, dobre jedynie na lato. Te kury, dla których Tarasewicz woli skodę od volkswagena, pojawiają się w każdym jego wywiadzie, we wszystkich poświęconych mu artykułach. Odnotujemy więc tym razem krótko: artysta hoduje ozdobne odmiany kur, jeździ z nimi na wystawy, uchodzi za prawdziwego znawcę drobiu. Gdy zbliża się Wielkanoc, lokalne media dzwonią z pytaniami o pisanki. Miasto ma tę jego pasję za artystyczną ekstrawagancję, wieś się nie dziwi, bo nic dziwnego nie ma w hodowlanym ptactwie. Wieś, czyli wspomniane Waliły. Na zdjęciach w internecie przedstawiane jako piaszczysta droga, kilka chałup i wierzby płaczące. Miejsce urodzenia Tarasewicza. Polaka, ale też Białorusina, który chętnie mówi o swoich korzeniach. Znów: w mieście to dla wielu ekstrawagancja, jednak na wsi, ale też w Białymstoku, powód, żeby artysty nie lubić.
Jego wioska ma w Wikipedii krótki opis, trzy zdania, w tym: „znane jako miejsce pochodzenia malarza Leona Tarasewicza”. Profesor się na to obrusza: Waliły są przecież wczesnośredniowieczną wsią, która pracowała na dwór w położonych nieopodal innych Waliłach, który zaopatrywał z kolei dwór Chodkiewiczów w Gródku. A Chodkiewiczowie to jeden 
z dwóch rodów, które stworzyły cywilizację Wielkiego Księstwa Litewskiego. Kim był Jan Karol Chodkiewicz, wie każde dziecko, które uczy się historii. O Leonie Tarasewiczu jeszcze w szkołach nie uczą, jednak Waliły jeśli z czymś się dziś 
w ogóle kojarzą, to właśnie z twórczością malarza.
Kończył słynne Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Supraślu. I jest jednym z najbardziej udanych jego absolwentów. Ale gdy w 1994 roku szkoła obchodziła swoje 50. urodziny, zwlekano z zaproszeniem Tarasewicza na uroczystości. Kiedy już doszło do obchodów, fetowano najbardziej dwójkę innych sławnych absolwentów: byłego polityka Romualda Szeremietiewa i śliczną Agnieszkę Maciąg, wówczas modelkę. W Supraślu o Tarasewiczu i dziś się za dużo raczej nie mówi. – Wiem, że kończył tę szkołę, niczym się chyba nie wyróżniał, bo nie chodzą żadne legendy. Maluje te swoje paski, bo zainspirowały go zaorane pola – rzuca jedna z młodych absolwentek. – Był w równoległej klasie, tej tkaczy, czyli gorszej. Jak go nie ma w Waliłach, to mu się studenci ogródkiem zajmują – zdradza rówieśnik Tarasewicza, który razem z nim kończył liceum. 
– Przecież studenci to pokolenie, które kwiaty zna z YouTube! – odpowiada profesor Tarasewicz. – Więc sam muszę się zajmować swoimi roślinami. A ludzie różne rzeczy opowiadają – dodaje.
Dziś dyrektorem w Supraślu jest historyk. Kiedyś był artysta. Dziś rządzi snobizm, legenda artystycznej szkoły położonej 
z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Kiedyś rządzili mistrzowie. Dla Tarasewicza był nim Janusz Debis, malarz urodzony w Nowej Wilejce, niedaleko Wilna. Sam Supraśl od jego czasów niewiele się zmienił. To nieduże, nawet nie pięciotysięczne miasteczko położone w województwie podlaskim. Przed wojną mocno związane ze Wschodem, prawosławiem. W czasach 
II Rzeczpospolitej narodził się nowy Supraśl – polski, mocno katolicki. Potężny monaster został przez prawosławnych zakonników opuszczony, salezjanie zdjęli krzyże z cerkwi św. Jana Teologa. W czasie II wojny światowej wiele prawosławnych obiektów zostało zniszczonych. Najpierw hitlerowcy, później władze PRL za wszelką cenę starały się zatrzeć tożsamość regionu. Dla Tarasewicza jego białoruskość stała się ważna właśnie w czasie nauki w Supraślu. Jego koledzy z liceum w filmie dokumentalnym „Ikona na drogę” mówią o tym, jak rodziła się w nim duma z pochodzenia.

Całość opublikowano w grudniowym numerze Malemena.

MALEMEN MEN

114

WOMEN WE LOVE