
9 września 2011
Sąd nakazuje Jarosławowi Kaczyńskiemu sprostować podaną przez niego nieprawdziwą informację, jakoby posłowie PSL-u głosowali za legalizacją miękkich narkotyków. Reporterka holenderskiej stacji radiowej ujawnia, że szwaczki w Bangladeszu otrzymują 8 centów za uszycie jednego T-shirtu, który w sklepie na zachodzie kosztuje 15 dolarów. W Berlinie policja zatrzymuje dwóch muzułmanów próbujących skonstruować bombę z zakupionych legalnie chemikaliów. Vitalij Kliczko w przeddzień walki z Tomaszem Adamkiem pokazuje we Wrocławiu film dokumentalny o sobie. W Warszawie przeważnie pochmurno, wiatr umiarkowany, zachodni, temperatura maksymalna 16 stopni.
Sąd nakazuje Jarosławowi Kaczyńskiemu sprostować podaną przez niego nieprawdziwą informację, jakoby posłowie PSL-u głosowali za legalizacją miękkich narkotyków. Reporterka holenderskiej stacji radiowej ujawnia, że szwaczki w Bangladeszu otrzymują 8 centów za uszycie jednego T-shirtu, który w sklepie na zachodzie kosztuje 15 dolarów. W Berlinie policja zatrzymuje dwóch muzułmanów próbujących skonstruować bombę z zakupionych legalnie chemikaliów. Vitalij Kliczko w przeddzień walki z Tomaszem Adamkiem pokazuje we Wrocławiu film dokumentalny o sobie. W Warszawie przeważnie pochmurno, wiatr umiarkowany, zachodni, temperatura maksymalna 16 stopni.
Halo? – zabrzmiał niepewnie głos po drugiej stronie drutu. Obudziłem go czy co, pomyślał Zygmunt. – Mówi Zygmunt Miłoszewski. Możemy się spotkać trochę wcześniej niż o 21? Ja mógłbym nawet zaraz.
– Eeee, no tak, no tak, ale jest kłopot, ja teraz kompletnie nie mogę wyjść. Głowy jeszcze nie wysuszyłem i w ogóle… – w głosie po drugiej stronie było słychać lekką panikę. Co za koleś, pomyślał Zygmunt, może jeszcze musi włosy żelem posmarować albo założyć stringi? Wymienili jeszcze parę krótkich zdań i stanęło na tym, że spotkają się o 20 na Powiślu.
Facet z gazety przyjechał punktualnie, nawet trochę przed czasem. Przywitali się na środku skrzyżowania – tamtego o mało nie rozjechał pędzący Browarną samochód – i ruszyli w kierunku Oboźnej. Kafka była cała zarezerwowana na jakąś firmową imprezę, postanowili więc pójść do Czułego Barbarzyńcy. Cicho, książki dookoła, można spokojnie porozmawiać. Zanim doszli do knajpy, zdążyli wymienić uwagi o mieszkaniu w różnych dzielnicach Warszawy. Zygmunt nigdy nie mógł pojąć, dlaczego ludzie decydują się zamieszkać na Białołęce. Przecież stamtąd dojazd do pracy zabiera wieki stracone przez czekanie w korkach na moście Toruńskim. Budują Północny, ale co z tego – przecież cały ruch spotka się wtedy na Młocinach z tymi, którzy stoją od strony Łomianek. Na jedno wyjdzie, tym bardziej że Toruński pójdzie zaraz do remontu. Pomyślał, że sam najchętniej by się już z Warszawy wyprowadził. 35 lat w tym mieście go zmęczyło. Stolica dała mu już wszystko, co mogła. Ludzi deklarujących miłość do Warszawy uważał za ofiary urbanistycznego syndromu sztokholmskiego. Tak długo patrzyli na ten miejski chaos, że w końcu go pokochali – żeby nie zwariować. Warszawa urbanistycznym Priklopilem – uśmiechnął się kwaśno na wspomnienie głośnego wiedeńskiego skandalu. Z drugiej strony używał Warszawy w swoich powieściach, ile wlezie. W „Domofonie” z lubością opisywał autentyczne bloczysko na Bródnie, trochę tylko naginając topografię do fabuły. Prokurator Szacki, główna persona w „Uwikłaniu”, biega po autentycznych ulicach i umawia się w autentycznych knajpach Warszawy. Ludzie lubią takie rzeczy.
Facet z gazety tymczasem wyciągnął z plecaka dyktafon, kawałek papieru i ołówek. – To ja zejdę po kawę – zaproponował. Zygmunt poprosił o latte i rogalika. Wyjrzał za barierkę. Przy barze stało już kilka osób, chłopak będzie musiał trochę poczekać. Zygmunt wyjął z kieszeni telefon i położył na stoliku, obok dyktafonu dziennikarza. Wziął urządzenie do ręki. Cóż za przedpotopowy sprzęt, pomyślał, obracając w rękach mały magnetofon. Niedawno ktoś mu opowiadał o facecie, który kolekcjonuje stare kasety. No, ale akurat on, fanatyk gier komputerowych, nie powinien zabierać w takiej sprawie głosu. Ileż nocy spędził, gapiąc się w telewizor, przekonany, że „jeszcze tylko jedna misja” i już naprawdę idzie spać. Ludzie mają różne uzależnienia, na endorfiny nie ma rady.
Za barem na dole rozległ się głośny syk ekspresu. W powietrzu rozeszła się przyjemna, ciepła woń świeżo parzonej kawy. Niby taka prosta sprawa, zrobić kawę, zasępił się Zygmunt. Ale najpierw trzeba te ziarna zebrać, obrobić; ktoś musi wyprodukować ekspres… Zygmunt od dawna żałował, że nie ma konkretnego fachu, wymiernej wiedzy. Nie potrafiłby przecież samodzielnie zbudować domu, ba, nawet zaprojektować kija od szczotki. Wiele razy wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby nagle wybuchła wojna atomowa, a w schronach było dość miejsca tylko dla, powiedzmy, trzech milionów ludzi. Byle umięśniony kark, który potrafi obsłużyć tokarkę albo naprawić wentylację, wyprzedzi go w wyścigu do przeżycia. Kto umie upiec chleb, zostanie przyjęty, a ja pierwszy będę przerobiony na wędliny do tego chleba, pomyślał ponuro. Dziennikarz? Pisze pan książki? Zna się pan na grach komputerowych? To wszystko? Niestety, musimy pana zmielić.
Iluż ludzi prześlizguje się przez życie! Gówno umiesz, a żyjesz. Przypomniał sobie, jak kiedyś z bratem wpadli na pomysł, żeby nauczyć się kłaść glazurę i pojechać do Anglii. Inaczej niż w hydraulice, gdzie trzeba czasem rękę do kibla włożyć, glazura to czysty fach. Uśmiechnął się na wspomnienie tych planów: „Jesteś dobrze wychowany, przystojny, nie pijesz, nie śmierdzisz, znasz język; równo układasz kafelki. Stary, zostajesz królem Londynu!” – śmiali się jeden przez drugiego.
– Eeee, no tak, no tak, ale jest kłopot, ja teraz kompletnie nie mogę wyjść. Głowy jeszcze nie wysuszyłem i w ogóle… – w głosie po drugiej stronie było słychać lekką panikę. Co za koleś, pomyślał Zygmunt, może jeszcze musi włosy żelem posmarować albo założyć stringi? Wymienili jeszcze parę krótkich zdań i stanęło na tym, że spotkają się o 20 na Powiślu.
Facet z gazety przyjechał punktualnie, nawet trochę przed czasem. Przywitali się na środku skrzyżowania – tamtego o mało nie rozjechał pędzący Browarną samochód – i ruszyli w kierunku Oboźnej. Kafka była cała zarezerwowana na jakąś firmową imprezę, postanowili więc pójść do Czułego Barbarzyńcy. Cicho, książki dookoła, można spokojnie porozmawiać. Zanim doszli do knajpy, zdążyli wymienić uwagi o mieszkaniu w różnych dzielnicach Warszawy. Zygmunt nigdy nie mógł pojąć, dlaczego ludzie decydują się zamieszkać na Białołęce. Przecież stamtąd dojazd do pracy zabiera wieki stracone przez czekanie w korkach na moście Toruńskim. Budują Północny, ale co z tego – przecież cały ruch spotka się wtedy na Młocinach z tymi, którzy stoją od strony Łomianek. Na jedno wyjdzie, tym bardziej że Toruński pójdzie zaraz do remontu. Pomyślał, że sam najchętniej by się już z Warszawy wyprowadził. 35 lat w tym mieście go zmęczyło. Stolica dała mu już wszystko, co mogła. Ludzi deklarujących miłość do Warszawy uważał za ofiary urbanistycznego syndromu sztokholmskiego. Tak długo patrzyli na ten miejski chaos, że w końcu go pokochali – żeby nie zwariować. Warszawa urbanistycznym Priklopilem – uśmiechnął się kwaśno na wspomnienie głośnego wiedeńskiego skandalu. Z drugiej strony używał Warszawy w swoich powieściach, ile wlezie. W „Domofonie” z lubością opisywał autentyczne bloczysko na Bródnie, trochę tylko naginając topografię do fabuły. Prokurator Szacki, główna persona w „Uwikłaniu”, biega po autentycznych ulicach i umawia się w autentycznych knajpach Warszawy. Ludzie lubią takie rzeczy.
Facet z gazety tymczasem wyciągnął z plecaka dyktafon, kawałek papieru i ołówek. – To ja zejdę po kawę – zaproponował. Zygmunt poprosił o latte i rogalika. Wyjrzał za barierkę. Przy barze stało już kilka osób, chłopak będzie musiał trochę poczekać. Zygmunt wyjął z kieszeni telefon i położył na stoliku, obok dyktafonu dziennikarza. Wziął urządzenie do ręki. Cóż za przedpotopowy sprzęt, pomyślał, obracając w rękach mały magnetofon. Niedawno ktoś mu opowiadał o facecie, który kolekcjonuje stare kasety. No, ale akurat on, fanatyk gier komputerowych, nie powinien zabierać w takiej sprawie głosu. Ileż nocy spędził, gapiąc się w telewizor, przekonany, że „jeszcze tylko jedna misja” i już naprawdę idzie spać. Ludzie mają różne uzależnienia, na endorfiny nie ma rady.
Za barem na dole rozległ się głośny syk ekspresu. W powietrzu rozeszła się przyjemna, ciepła woń świeżo parzonej kawy. Niby taka prosta sprawa, zrobić kawę, zasępił się Zygmunt. Ale najpierw trzeba te ziarna zebrać, obrobić; ktoś musi wyprodukować ekspres… Zygmunt od dawna żałował, że nie ma konkretnego fachu, wymiernej wiedzy. Nie potrafiłby przecież samodzielnie zbudować domu, ba, nawet zaprojektować kija od szczotki. Wiele razy wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby nagle wybuchła wojna atomowa, a w schronach było dość miejsca tylko dla, powiedzmy, trzech milionów ludzi. Byle umięśniony kark, który potrafi obsłużyć tokarkę albo naprawić wentylację, wyprzedzi go w wyścigu do przeżycia. Kto umie upiec chleb, zostanie przyjęty, a ja pierwszy będę przerobiony na wędliny do tego chleba, pomyślał ponuro. Dziennikarz? Pisze pan książki? Zna się pan na grach komputerowych? To wszystko? Niestety, musimy pana zmielić.
Iluż ludzi prześlizguje się przez życie! Gówno umiesz, a żyjesz. Przypomniał sobie, jak kiedyś z bratem wpadli na pomysł, żeby nauczyć się kłaść glazurę i pojechać do Anglii. Inaczej niż w hydraulice, gdzie trzeba czasem rękę do kibla włożyć, glazura to czysty fach. Uśmiechnął się na wspomnienie tych planów: „Jesteś dobrze wychowany, przystojny, nie pijesz, nie śmierdzisz, znasz język; równo układasz kafelki. Stary, zostajesz królem Londynu!” – śmiali się jeden przez drugiego.
105






































































